• Wpisów:37
  • Średnio co: 39 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 20:16
  • Licznik odwiedzin:4 025 / 1511 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Póki co, sytuacja uległa ogromnej zmianie... po ostatniej Endoskopii pod narkozą doznaliśmy szoku.... jej zapaść cofnęłaa się z 3 stopnia na 1-2.... brzmiało to jak jakiś cud, omal nie spadłam z krzesła kiedy zobaczyłam zdjęcie RTG Sofci jak tchawica całkiem innego psa!!!!! szeroka!!!!! Sofcia w ciągu miesiąca urosła baardzo dużo 700gram czyli już ogólnie waży 1800kg a pomyśleć że zapowiadała się na miniaturkę miniaturek!!!!!, jej tatuś miał niespełna 1.100kg... do tego przypuszczam przyczyniły się sterydy ale nie żałuję ani jednego zastrzyka!!!!! Wszystko odwróciło się o 360stopniCała akcja zbiórki pieniędzy została odwołana, operacji też nie będzie, boję się dodatkowego paraliżu tchawicy po wprowadzeniu stenta i wielu innych nieprzyjemnych rzeczy... Z Fundacją załatwiliśmy że pieniążki wróciły do właścicieli a kaszel Sofci zmniejszył się, kaszle tylko po przebudzeniu i przy bardzo dużej radości nam osobiście to nie przeszkadza a ona też nauczyła się z tym żyć

Choć zapaść jednak jest co prawda 1 stopień przechodzący w 2 to niewielka zapać, ale jest... i to choroba która będzie postępować, wiem o tym jeżeli dożyje 5 lat bez duszącego kaszlu będę zadowolona, i wiem że operację będzie musiała przejść prędzej czy później bo tchawica będzie się zapadać...

Wiem też że moja Sofcia nie może mieć małych, bo ma wadliwy gen unieszczęśliwiłabym tym wielu niewinnych ludzi i małe istotki które by przyszły na świat. Nie pozwoliłabym na to żeby właściciele piesków przechodzili przez to co ja przechodziłam z Sofcią Chciałabym być w porządku wobec siebie i potencjalnych nabywców i moja Sofcia zostanie wysterylizowana w najbliższym czasie



 

 
Wierzę że wspólnymi siłami nazbieramy na operację Sofci

 

 
Wszystkie formalności załatwione! Ruszyła akcja POMOC DLA SOFCI!!!! Każdy może pomóc wpłacając niewielką sumę na konto Fundacji "EMIR" z dopiskiem Dla Sofi M.Golec

FUNDACJA DLA RATOWANIA ZWIERZĄT „EMIR”
z siedzibą w miejscowości Oddział, ul. Słoneczna 4 Grodzisk Mazowiecki
80 1050 1924 1000 0023 0438 1029 ING Bank Śląski

https://www.facebook.com/events/778704522189327/?pnref=story

Z góry dziękują za pomoc!!!


 

 
Obecnie jesteśmy z Weterynarką na etapie załatwiania fundacji dla Sofi... wiadomo każdy grosz się liczy i każda złotówka ma znaczenie... Choć nie nastawiam się na cuda, mam nadzieję że uda się zebrać choć niewielką sumkę która pomoże w sfinansowaniu operacji Sofci 3000zł. Oczywiście resztę pokryję Ja. Będę na bieżąco pisać o mojej Soficzce.
Wczoraj na reszcie Sofi dostała kolejną dawkę szczepionki na Nosówkę i Parawirozę. Dawno to szczepienie powinna mieć już za sobą, bo ma już prawie 6 miesięcy ale niestety przez długotrwałe podawanie leków i antybiotyków nie było takiej możliwości.

Jeszcze Raz chciałam podziękować mojej wspaniałej Weterynarce za wspaniałą pomoc, od początku oddaje jej serce w leczeniu jak i w załatwianiu wielu sprawi to Ona nie raz dodawała mi skrzydeł i sił do walki choć już nie raz chciałam się poddać w leczeniu Sofi...


  • awatar Soficzka: Dziękuję za miłe słowa :)
  • awatar Gość: przeczytałam całą historie, jest wzruszająca, trzymam kciuki za zdrowie Sofii, na pewno znajda się ludzie z dobrym sercem i pomogą :-)
  • awatar Gość: Takiej cudownej kruszynce warto pomagać :) Jestem z Wami i mam nadzieję,że ludzie otworzą swoje serca i pomogą Sofi!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Obecnie tchawica Sofi zapadnięta jest w odcinku piersiowym:


Miej wiecej jej przekrój teraz wygląda tak:


A po operacji będzie wyglądał tak:


Zostanie do jej tchawicy wprowadzony taki stent dotchawiczy samorozkładający się coś a 'la stelaż. Będzie miał za zadanie podtrzymywać ściany tchawicy...

Tu zdjęcie innego Yoreczka z wprowadzonym już stentem dotchawiczym.

 

 
No to po badaniu zastały mnie 2 wiadomości...dobra i zła. Dobra to że Sofcia wybudziła się bez problemu z narkozy a zła że niestety ma 3 stopień zapaści tchawicy i musi zostać operowana po skończeniu 10 miesięcy To co jeszcze kilka dni temu było dla mnie abstrakcja teraz stało się rzeczywistością... Koszt operacji 3000zł Operacja jest wstępnie wyznaczona na
marca 2015r... Ma ją przeprowadzić sam Dr. Ingarden więc byłaby w dobrych rękach, tylko skąd wziąść taką sumę pieniędzy?
3 stopień zapadnięcia tchawicy wygląda tak:
 

 
Wybił dzień Endoskopii... bardzo się bałam tego badania, nawet samego usypiania Sofci bałam się że nie wybudzi się z narkozy... przecież takie rzeczy się zdarzają tym bardziej na pieskach z wagą 1,5kg... na wszelki wypadek pożegnałam się z nią

Wstąpiliśmy jeszcze tylko do Weterynarki po cały wypis leczenia i pojechaliśmy... Podróż do Myślenić dla mnie i dla synka była męcząca, oboje mamy silną chorobę lokomocyjną... jedynie Sofcia była zadowolona, patrzyła przez okienko, merdała ogonkiem...boroczka nie wiedziała co ja czeka
po 2h nareszcie dojechaliśmy...
Klinika Therios, na prawdę robiła wrażenie, usiedliśmy na wygodnych fotelach, wypełniłam 3 formularze i jakąś ankietę i za chwile podszedł już do nas sam Dr.Ingarden. Nie musiałam wiele tłumaczyć bo Sofi dała cały popis na wizycie swojego kaszlu... Wsadzili jej werflon do łapci i lada moment miała być usypiana... Zapytałam... "Czy mogłabym wyjść? nie chciałabym patrzeć jak Sofi zamyka oczy(...)"
Wyszłam... i niech się dzieje wola nieba...

Koszt Endoskopii 370zł
 

 
Ta wizyta była inna niż zawsze...taka bez celu... Zawsze kiedy przychodziłam był jakiś cień nadziei, jakieś nowe leki, nowe szanse na to że Sofi się wyleczy. Teraz nie było już żadnej szansy... Na wizycie Weterynarka skierowała Sofi na endoskopie do Myślenić pod narkozą, wszystko nam załatwiła telefonicznie za co jestem niezmiernie wdzięczna... to badanie polegające na wsadzeniu rurki do tchawicy z kamerką i ocenie stanu zapaści tchawicy, bo samo zdjęcie RTG nie wystarczy w dokładnej ocenie. My mieliśmy się tam tylko stawić i zapłacić, reszta była załatwiona. Termin badania został wyznaczony za 3 dni. W tym momencie tyle tylko mogła dla nas zrobić...
 

 
Usiadłam przed kompem i zaczęłam szukać jakichś informacji na ten temat i czytać, nie znajdowałam nic dobrego same przykre rzeczy... że tchawica z czasem będzie zapadać się coraz bardziej doprowadzając psa do niemiłosiernego kaszlu i duszenia się, że leczenie w tym wypadku niewiele daje, bo zmniejsza tylko objawy ale nie wyeliminowuje przyczyny...i że istnieje na to jakaś operacja ale w tym momencie była to dla mnie jakaś abstrakcja... której w ogóle nie brałam pod uwagę, czekałam co powie Weterynarka...
 

 
Po zaledwie kilku minutach od wysłania zdjęć, Weterynarka zadzwoniła...

"Bardzo mi przykro... ale Sofi ma poważną wadę genetyczną, zapadnięcie tchawicy... nie wiem jak to się stało że Ci w Katowicach tego nie zauważyli... Proszę jutro do mnie przyjść wszystko wytłumaczę i ustalimy co dalej..."

Niewiele mi to mówiło... ale brzmiało strasznie
załamałam się...
 

 
Po 20min wszystkie 3 zdjęcia Sofi miałam już na poczcie, od razu wysłałam je na emaila Weterynarki i smsa żeby sprawdziła pocztę...


 

 
Odszukałam numeru telefonu do kliniki w Katowicach i zadzwoniłam... i oczywiście nawet przy tak łatwej rzeczy jak odzyskanie zdjęć Sofi, musiał wyniknąć problem... standard, moje życie to jeden wielki pech i problem

-"Niestety u nas nikt o nazwisku Golec nie wykonywał zdjęć RTG pod koniec września, imienia pieska Sofi tez nie mamy w systemie(...)"

Szach Mat sobie myśle...Od razu się we mnie zagotowało...

-"Bardzo proszę poszukać...to dla nas bardzo ważne. Byliśmy wtedy o 3 w nocy z kaszlącym Yoreczkiem, miała 3 zdjęcia RTG, 6 zastrzyków i została na tlenoterapi do godziny 18 : 00. Sofi do dziś kaszle..już nie tak jak wtedy ale kaszle. Próbujemy z weterynarka zdiagnozować problem, dlatego prosi o odzyskanie zdjęć"

Szokło mnie to że babka po tak długim czasie skojarzyła Sofi z opowieści!!! ale zdjęć dalej nie umiała znaleźć...
Oddzwoniła po 15 min...

-"Bardzo chciałam przerosić... ale wprowadziłam Panią jako Bolec Monika a Sofi, jako Soffi..."

Wkurzyła mnie na maxa...ale cieszyłam się że są zdjęcia. Wysłała mi je na emaila.
 

 
Po trzech dniach Sofi dostała kolejną dawkę i po tygodniu kolejną... niestety kaszel nie ustępował...załamka totalna dla mnie jak i dla Weterynarki. Sofi najbardziej kaszlała rano, po przebudzeniu, przy radości i wysiłku...Dodatkowo zmienił się dzwięk kaszlu, na tak suchy i bardziej duszący jakby zaciąganie się powietrzem na wdechu i kaszlenie przy wydechu. Weterynarce powoli zaczynało brakować pomysłów i sama zaczęła przejmować się tym że nie umi wyleczyć kaszlącego psiaka Powiedziała szczerze że nie ma już sensu futrować Sofi obciążającymi i osłabiającymi organizm antybiotykami bo na nią to jakoś nie działa...Zapytała mnie czy byłabym w stanie zdobyć te zdjęcia RTG z kliniki z Katowic, bo chciałaby je obejrzeć... powiedziałam że postaram się je zdobyć.
 

 
O godzinie 9 : 00 stawiliśmy się już u naszej Weterynarki. Sofcia i ją poznała merdała ogonkiem i lizała ją i cieszyła się na jej widok po tylu "krzywdach" jakie jej wyrządziła Bo taka jest właśnie moja kochana Sofi...nawet po wyrywaniu żywcem włosów z uszów i bolącym zastrzyku potrafiła się cieszyć i ją lizać Weterynarka ucieszyła się że odzyskałam Sofcię spowrotem. Po przywitaniu chwilowe zastanowienie co teraz... Weterynarka zaproponowała mi leczenie immunologiczne, szczepionka w 3 dawkach za 150zł zapewniała że ta szczepionka dawała rade nawet w Parawirozie i innych śmiertelnych chorobach, i wyciągała z nich szczeniaki wymiotujące i załatwiające się krwią... więc zgodziłam się...
Jeżeli miałoby to już być ostatnie 150zł to nawet nie było dyskusji. Pierwszą dawkę dostała odrazu, kolejną miała dostać za 3 dni, ostatnią za tydzień...Nowy lek, nowa szansa...
 

 
Byłam przeszczęśliwa! jedyne czego się obawiałam to nocy... czy znów zaczną się nieprzespane noce..? Musiałam to jakoś zorganizować inaczej... tym bardziej że Sofi przez te 5 dni zapomniała jak to jest spać ze mną, tam była zmuszona spać w legowisku, więc musiałam to wykorzystać i wymyśliłam to tak, zaniosłam jej legowisko do łazienki z kocykami i moją bluzką, dałam jej tam miseczki, mate na którą mogłaby się załatwić w nocy i zamknęłam drzwi... zaczęło się drapanie po drzwiach... ale odczekałam chwile i jednak poszła sobie spać a ja szczęśliwa i zadowolona w łóżeczku. W ciągu nocy czasem słyszałam kaszel, ale przy takich silniejszych napadach.Ogólnie przespałam noc i mój synuś i mąż też
 

 
Sofcia latała po domu jak perszing nawet cieszyła się na widok kota, latała za Suzi i merdała ogonkiem, poznała swoje legowisko! wskakiwała i wyskakiwała z niego chyba z 10 razy, zaraz zaczęła obcierać się na około pufy, zawsze tak robiła kiedy była szczęśliwa i ja też byłam nareszcie szczęśliwa, choć wiedziałam że przede mną długa droga w jej leczeniu, bo wciąż kaszlała ale w tedy żyłam chwilą... zaraz napisałam do mamy! do koleżanek! i zadzowniłam do weterynarki że Sofcia znów jest ze mną!!!
Weterynarka miała łzy w oczach, słyszałam to w jej głosie wspaniała osoba! zżyła się z Sofcią, znała ją prawie od początku. Umówiłyśmy się że rano ją przyprowadzam i ustalmy co dalej...

 

 
O 19 : 00 planowo byliśmy już na miejscu, nowa Sofcia standardowo obżarła mi całe palce po drodze(bo to się już nie zaliczało do gryzienia tylko do zżerania:/)i obsikała mnie chyba z 3 razy, czułam ulgę że wracam po moją wychowaną księżniczkę... brakowało mi już nawet tego jej kaszlu. Przy drzwiach przywitała mnie jak zwykle ta miła i zawsze uśmiechnięta Pani, a ja zestresowana z głową na dół oddaje jej piesia... Weszliśmy po schodach do góry, Sofi była u mamy piętro wyżej, bo ją izolowali od innych psiaków. Byli z nią też u weterynarza który potwierdził kaszlel kenelowy... mi na korytarzu dłużyła się ta chwila czekania na Sofcię niemiłosiernie...
nagle z nią wychodzi...
jak tylko zawołałam "Sooofciaa kochaniee moje!!!" Ona aż chciała wyskoczyć jej z rąk! Lizała mnie i lizała, skakała po mnie i wywijała jakieś piruety w powietrzu hehe przeplatała to oczywiście tym swoim kaszelkiem, Cała Sofcia
 

 
Wpadłam w rozpacz... nie interesowało już mnie nic... odmówiłam 2 klientki na paznokcie, siedziałam na łóżku z kartonem chusteczek i wyłam..po prostu wyłam... Czułam się beznadziejnie, jak mogłam zrobić coś tak podłego... Mąż wrócił z pracy i zastał mnie totalnie rozklejoną, w beznadziejnym stanie, popatrzał na mnie i pierwsze co powiedział to
" czuje że jeszcze dziś pojedziemy po Sofi(...)"
-"cośty... to już nie realne..."odpowiedziałam...

ale zaraz...dlaczego nie realne??? może właśnie REALNE! zapaliło się światełko w tunelu... Jeżeli ją kocham POWINNAM O NIĄ WALCZYĆ! I NIE PRZEJMOWAĆ SIĘ CZY MNIE KTOŚ OBGADA CZY WYŚMIEJE, poczułam przypływ sił do walki o nią! Zerwałam się z łóżka i wykręciła numer do właścicielki Yorków...odebrała... ja jeszcze płaczącym głosem, bez dzień dobry i przedstawiania się, wybełgotalam...

"Chciałabym odzyskać moją Sofi...bardzo proszę mi ją oddać...jeżeli jej nie odzyskam to chyba zaraz zawiozą mnie do wariatkowa z tęsknoty za nią, będę ja leczyć na własny koszt i nie będę już więcej Pani zawracać głowy tylko proszę mi ją oddać..."

-Kobieta roześmiała się... nie ma problemu odpowiedziała pogodnym głosem, i faktycznie jeszcze tego dnia na 19 : 00 umówiłyśmy się na odbiór Sofci!!!!!!!!!!!
 

 
Nowa Sofcia nie wiele mnie interesowała a ja zaczynałam wpadać w paranoję może już ją usali...? może już jej nie ma...zaczęłam się obwiniać... mogłam ją leczyć dalej... zaszłyśmy już tak daleko, pewnie z czasem polepszyło by się jej... mogłam jej nie oddawać. Wyrzuty sumienia coraz większe, a ja nie mogłam sobie z nimi poradzić. Nie wiedziałam do kogo mam z tym iść, z kim o tym porozmawiać... pewnie mnie wyśmieją wszyscy że tęsknie za chorym psem którego miałam tylko miesiąc...
Napisałam do mamy w Niemczech...

- "Mamuś oddałam Sofi...była chora, nie radziłam sobie z tym ale teraz tego żałuję(...)"
-"Dziecko coś ty zrobiła!!! Ona teraz cierpi, teskni za tobą! odzyskaj ją!!! (...)"
-"nie mamuś.... jest już za późno (...) nie dam rady jej odzyskać co sobie pomyśli babka? daje psa, za chwile go obieram. Tym bardziej że dała mi nowego, zdroego, slicznego Yoreczka"
-"Odzyskaj ją...ona cię potrzebuje,o ile jeszcze jej nie uspai(...)"

Ta rozmowa dobiła mnie jeszcze bardziej...


 

 
Tej nocy nie można już było nazwać spokojną... całą noc myślałam o mojej poprzedniej Sofci, co ona teraz robi?.. czy tęskni za mną...dzień był jeszcze gorszy, zaczynały nawiedzać mnie wyrzuty sumienia... ale wiedziałam że już nie ma odwrotu, że mam nowego piesia i muszę go pokochać i zapomnieć o tamtej... pewnie ją wyleczą i znajdzie nowy dom tłumaczyłam sobie...
 

 
Kolejna spokojna noc zaliczona...ale dzień już gorszy z nową Sofcią nie umiałam nawiązać kontaktu... gryzła mnie, szczekała na mnie warczała, piszczała na okrągło... pierwszy raz słyszałam jak malutki Yorczek szczeka bo moja stara Sofi nigdy nie szczekała nie potrafiła... zaraz dostawała napadu kaszlu. Nową brałam często na ręce , starałam się ją pokochać... ale nie potrafiłam, była taka inna od starej Sofci już tu nie mówię o wyglądzie bo wiadomo malusie Yoreczki nie są w ogóle podobne do Yorków, wiadomo z czasem by się wybarwiła na pięknego Yoreczka ale mówię o charakterze... Stara Sofcia zalizałaby mnie na śmierć a ta gryzła, gryzla i gryzła, Uwzięła się na mnie czy co?? Cały czas siedziałam i je porównywałam...
 

 
To była pierwsza spokojna dla mnie noc od ponad miesiąca...noc w ciszy we wygodzie... w moim ciepłym łóżeczku, koło męża... Cały czas powtarzałam sobie że to była dobra decyzja, a może sama chciałam w to uwierzyć???...Było mi przykro wiadomo, Sofi była u mnie miesiąc, ale starałam się cieszyć spokojem jaki zapanował. Nowa Sofi była przy tamtej jak świnka morska. Sklepałam jej kojec z desek żeby moje dziecko nie zrobiło jej krzywdy, dbałam o nią, karmiłam ją jak należy, niestety nie wybuchł ogień miłości jak przy pierwszej Sofi od pierwszego wejrzenia... liczyłam się z tym że potrzebuje czasu...
  • awatar Nie mów ! -,-: Każdy pies zasługuje na miłość . Zapraszam do siebie , oceń mój rysunek !
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Po 2 tygodniach leczenia Sofi na kaszel kenelowy poddałam się... Przed miesiąc kuracji wydałam 500zł na psa a Sofi wciąż kaszlała, noce były straszne, ja chodziłam już jak lunatyk... niewyspana, nerwowa, robiło mi się momentami czarno przed oczami, miałam dość Tego właśnie dnia wstałam tak obolała na karku z tego 3tygodniowego spania na nierozłożonej kanapie w pokoju, że powiedziałam nie może już tak być... Czułam się taka bezsilna, wzięłam telefon i zadzowniłam do właścicielki Yoreczków... niewiele oczekiwałam z jej strony, w ogóle nie sądziłam że odbierze... ale odebrała... Opowiedziałm jej wszystko od A do Z,popłakalam się przy telefonie i zapytałam czy pomoże mi ją leczyć, bo ja nie mam już sił i funduszy... Zaproponowała mi sama od siebie że przyjada po Sofcię a dadzą mi 8 tygodniowa inna Yoreczkę, zdrową...
To była chyba ostatnia rzecz jaką się z jej strony spodziewałam... nie wiedziałam co powiedzieć....

Po tylu niewyspanych nocach, przepełniona goryczą, bezradnością i smutkiem...zgodziłam się Jeszcze tego samego dnia przyjechli po Sofi a mi dali nowego piesia...

 

 
Wetrynarka się nie poddawała... "skoro nie pomogły jej te zastrzyki pomogą inne mówiła(...)" ja już powoli traciłam wiarę... Zaczęła u niej podejrzewać Kaszel Kenelowy*... więc rozpoczęłyśmy nową kurację, czekała ją kolejna dzienna seria zastrzyków i tabletek, miałam już dość, ale była jakaś nadzieja... ja pomimo że byłam już załamana to gdzieś tam ucieszyłam się że "to coś" co ją tak męczy zostało w końcu zdiagnozowane i Sofcia się z czasem wyleczy, płaciłam dziennie wytrwale za wizyty, choć byłam już spłukana i zadłużona... a Sofcia znosiła wszystko dzielnie, nawet nigdy nie piszczała przy wbijaniu zastrzyków, tylko wywalała te swoje wielkie oczęta i patrzyła

*zakaźna i zaraźliwa choroba atakująca psy w każdym wieku. Występuje sezonowo – jesienią, zima, wiosną. Wywołana jest przez Adenovirus typu 2, wirus Parainfluenzy i bakterię krztuśca (Bordetella bronchiseptica). Do zakażenia dochodzi głównie w dużych grupach zwierząt - hodowle, schroniska, wystawy, giełdy. Zarazić się nią można poprzez kontakt z chorym psem, przez wysięk z nosa czy wydzielinę oskrzelową, wydalaną podczas kaszlu. Choroba ustępuje po 7-14 dniach. Jeśli jednak dojdzie do powikłań - przewlekłego zapalenia oskrzeli (długotrwały kaszel) – prowadzi do chronicznej i nieodwracalnej niewydolności układu oddechowego. Śmiertelność przy zachorowaniu jest niska, jednak przy braku leczenia i powikłaniach może dojść do śmierci zwierzaka.
 

 
Tydzień się skończył a Sofi dalej kaszlała.. Kaszel najbardziej nasilał się w nocy, zaczynało to już być problemem dla nas.. mąż wstawał niewyspany każdego ranka do pracy, dziecko co noc się budziło kiedy podczas ciszy nocnej Sofi wpadała w napady kaszlu pożegnałam się z małżeńskim łóżkiem i przeniosłam się sama z sypialni do dużego pokoju z psem, sama spałam z nią na nierozłożonej kanapie w poprzek, głowa na oparciu, nogi w górze na oparciu bo się nie mieściłam... ale pocieszałam się że może teraz dostanie jakieś inne leki które jej pomogą, więc wytrzymam... ja też nie spałam w nocy bo Sofi co chwile kaszlała, do tego wstawałam obolała i nerwowa przerastało już mnie to wszystko...
 

 
Sofi wciąż kaszlala... Tydzień kuracji zaleconej przez klinikę w Katwicach nie przyniósł efektów Weterynarka postanowiła zmienić leki... przez kolejny tydzień dawała Sofci zastrzyki po prostu przeciwzapalne i zaleciła podawać ACC taki ludzki lek wykrztuśny, do kupienia w aptece. Bo miała wciąż na oskrzelach dużo wydzieliny przy osłuchiwaniu. Wiec poszłam prosto od Weterynarki do apteki po ACC. W domu miałam problem z podawaniem tego leku, musiałam saszetkę dzielić na 1/40 robiłam jakby "ścieżkę" z tego proszku i dzieliłam na 40 części żeby tą jedną podać mojej małej Sofci i tak przez tydzień...
 

 
Rano skoro świt, ubrałam siebie i synka i z wózkiem w deszczu pojechaliśmy do Weterynarza z Sofcią. Weterynarka super osoba!!! Przejrzała wypis z kliniki z Katowic, na wypisie były podane nazwy leków które miała podawać, więc się zastosowała i niczego nie zmieniała. Postanowiłyśmy że kuracje przeprowadzimy do końca tygodnia, a potem będziemy się zastanawiać co dalej. Więc dziennie rano przez tydzień przyjeżdzałam z dzieckiem i psem na zastrzyki...
 

 
O 18 : 00 odebraliśmy Sofcię, zaniepokoiło mnie to że wciąż kaszle.. wiadomo już nie tak jak wcześniej ale jednak, babka uspokajała mnie że to taka pozostałość która minie w ciągu kilku dni... uwierzyłam. Wróciliśmy z Sofcią do domku. Kochaniutka bardzo się cieszyła że nas widzi ale jednocześnie przy radości i ekscytacji dostawała dużych ataków kaszlu. Kolejnego dnia musiałam iść do naszego Weterynarza i kontynuować leczenie.
 

 
O 6 : 00 Byliśmy już w domu...dziecko jeszcze spało a ja zrobiłam sobie kawę, usiadłam i gapiłam się na telefon, błagałam byle nie zadzownił ze złą wiadomością, byle nie zadzwonił... ciągnęły mi się te 2h strasznie Kiedy nareszcie wybiła ta 8 : 00 dorwałam telefon trzęsącymi rękami i zadzwoniłam... "Sofci się polepszyło(...)" Uf... Kazali mi ponownie zadzwonić ok 13 : 00 i umówić ewentualny odbiór piska. Uspokoiłam się na tyle że zmuliło mnie spanie, padłam jak kawka po ciężkiej nocy.
O 13 : 00 wykonałam kolejny telefon. Ustaliliśmy że o 18 : 00 Sofi będzie do odbioru.
 

 
Całą drogę pies się dusił a ja prosiłam Boga w duszy żeby dojechała do tych Katowic i żeby tam nas przyjeli, żeby nam w ogóle otwarli... ale Otwarli!!!! Babka w szoku nie wie co ma robić! Pierwszy moment próbuje mi wmówić że pies się czymś zadusił i trzeba jej zrobić rendgeny! mówie jej że pies zaczął pokasływać i trwa to już kilka dni, ale nie dało jej się przekonać. Zeszliśmy piętro niżej, nie dało się Sofci w żaden sposób ułożyć do zdjęć, po dłuższej męczarni udało się cyknąć 3 zdjęcia na którch stwierdziła że nic nie zalega. Wrocliśmy na górę, dała Sofci na raz 6 zastrzyków-na wszystko... mówi "któryś musi podziałać" miała strasznie napuchniętą krtań, dużo wydzieliny w oskrzelach i przypuszczalnie rozedmę płuc dlatego nie dali mi jej do domu... została pod tlenem... a mi powiedzieli "Prosimy zadzownić o 8 : 00 i zapytać jak Sofi i miejmy nadzieję że to my nie My zadzwonimy do Pani..."

koszt wizyty 270zł
 

 
Sofi wręcz zaczęła się dusić kaszlem Obiecałam sobie że z rana pójdę z nią do Weterynarza... Niestety noc była tragiczna, pies skomlał, dusił się.. o 3 w nocy teść zawoził mnie na ostry dyżur, mąż został ze śpiącym dzieckiem w domu, i szukał adresu na internecie jakiejś czynnej kliniki a my pojechaliśmy... w Mikołowie totalne dno! od razu mówię!!!nie wybierajcie się ze zwierzętami na nocny dyżur do Mikołowa!!! totalna olewka! Pies chciał zejść z kaszlu a oni sobie śpią! dzwonie na 100 numerów podanych na tablicach a nikt nie odbiera! Myślę co tu zrobić...dzownię do męża a on podaje mi numer Kliniki w Katowicach, więc nie zastanawiając się pojechaliśmy tam...
 

 
Najpierw kaszlała czasem, potem częściej...pomyślałam, przeziębiłam psa bo od razu z nią zaczęłam wychodzić na dwór, a właściciele mi ją jeszcze przed wydaniem obcieli i w ogóle nie wyprowadzali ją na dwór tylko robiła na matę, a ja w deszczu ,nie w deszczu wyprowadzałam ją co 2 godziny. Kaszel nie ustępował, wręcz coraz bardziej się nasilał...
 

 
Sofi szybko się u nas zadomowiła. Mój synuś i Kot od razu ją zaakceptowali. Noce były słodkie, Sofi spała przytulona do mnie, mój mąż poszedł na bok hehe... Przez dwa dni żyłam w beztrosce, cieszyłam się psinką i zapomniałam nawet ile kosztowała. Trzeciego dnia zaczął się u Sofi jakiś dziwny kaszel...




 

 
W dość szybkim czasie z pomocą męża udało mi się zebrać całą kwotę... Pojechaliśmy po NIĄ! Dostałam do rąk śliczną, małą, słodką kruszynkę... To była miłość od pierwszego wejrzenia... Ni stąd ni zowąd zaczęłam do niej mówić Sofi... tak po prostu, od razu, jakby była już ze mną długo, jakby inne imię do niej nie pasowało. Sofi lizała mnie całą drogę, obie byłyśmy przeszczęśliwe <3
 

 
Została tylko kwestia zadzwonienia i dogadania się co do ceny...jak to bywa przy Yorkach Miniaturkach tania nie była ... no ale klamka zapadła. Księżniczka będzie moja
 

 
A więc usiadłam przed kompem i zaczęłam przeglądać Yoreczki. No nie były złe ale nie miały w sobie "tego czegoś" albo klapnięte uszka, albo za wielkie uszka albo ogólnie za duża masa piesia albo z"twarzy jakieś takie" bo nikt mi nie powie że Yorki nie mają urody, i każdy jest inny, jak człowiek... tym bardziej idzie to ocenić już po 4 miesięcznym piesku. W końcu trafiłam na NIĄ... była idealna 4 miesięczna miniatureczka z wagą 700gram, uszka śliczne stojące mordka proszącą... "wybierz mnie"- wiedziałam że miniaturki to psy zmutowne genetycznie, wiedziałam jak powstają miniaturki... najsłabszy i najmniejszy pies z miotu Yorków jest stawiany z najsłabszym i najmniejszym psem z miotu i tak powstają miniaturki, spodziewałam się też tego że może być chorowita i że może mieć jakie wady wrodzone...ale nie przemawiało to do mnie bo urzekła mnie od pierwszej chwili...
 

 
Dlaczego akurat Yoreczka????

Większość ludzi uważa Yorki za obrośnięte szczury a ja
uważam że to najśliczniejsze pieski na świecie zawsze podobały mi się takie małe skaczące pchełki koło nóg właścicieli na spacerku. Ukradłabym i schrupała... Obiecałam sobie, ze kiedyś będę takiego mieć...